1.
Powietrze zdawało się być przesiąknięte metalicznym smakiem. Zewsząd mgły otaczały polanę na której dokonała się rzeź. Czas sprawiał wrażenie jakby zatrzymał się w miejscu. Cisza. Niepokój. Eskorta osłaniająca wozy z żywnością niemalże doszczętnie została wybita przez barbarzyńców. Pułapka zastawiona przez nich na polanie przy rzece, jakieś dwa dni drogi piechotą do Ezir przyniosła zamierzony efekt. Masakra dokonana.
- Ciemność przed oczami. Usłyszałem śmiech mojej młodszej siostry, zobaczyłem jak biegnie w moją stronę w dłoni trzymając rozsypujący się wianek. Rodzice przy drzwiach wejściowych stali. I ten śmiech Alghaardy. Nagle świadomość powróciła. Poczułem tępy cios na swoim karku... ciemność powróciła na oczy moje. Chciałem krzyknąć, wyczułem jedynie przerażające bulgotanie cicho wydobywające się z głębi gardła. Śmierć.
- Widziałem jak barbarzyńca odcina głowę Rhaandowi. Kątem oka zobaczyłem. Krzyknąłem. W tej samej chwili sparowałem resztką sił uderzenie czyjegoś miecza. Upadłem na plecy. Barbarzyńca uniósł miecz do góry, ostrze przeszyło mgłę. Zdążyłem uniknąć ciosu obracając się przez prawe ramię. Miecz trafił w ziemię. Uniósł go ponownie. Wstałem. Zaatakował. Próbował uderzyć mnie w korpus. Sparowałem. Cios w głowę, chyba z tyłu... nic już nie pamiętam.. co się stało?! Otworzyłem oczy. Z niewyobrażalnym wysiłkiem uniosłem głowę. Żyłem. Jednak zdałem sobie sprawę, iż barbarzyńcy zniszczyli nas. Zobaczyłem jak podchodzą do każdego z moich braci leżących na ziemi i przeszywają jego... ich ciała mieczami. Chcą mieć pewność, że nikt nie ujdzie żywy. Poczułem mgłę w ustach. Krew, żelazo, mgła. Starałem się dostrzec Micharda. Nie mogłem. Nade mną stanęło dwóch, chyba dwóch. Zobaczyłem cztery nogi, więc musiało ich być... przeszywający ból w piersi. Śmierć.
Zewsząd dobiegały jęki przerywane krzykiem mordowanych. Z każdą chwilą zapadała coraz bardziej mrożąca krew w żyłach cisza. Barbarzyńcy po dokonanej rzezi, po bestialskim napadzie na grupę wozów wiozących żywność i inne towary kroczyli pomiędzy ich ciałami dobijając rannych. Ciała zabitych, nawet te bez głów czy innych kończyn, sugerujące wykrwawienie się trupów przeszywali ostrzami wyciągniętych im z dłoni lub leżących obok mieczy. Wbijali im je w pierś na wysokości serca. Ciszę zaczął przeszywać przeraźliwy krzyk. Konie, które stały w pobliżu, wozy wiozące żywność... wszystko to było palone, poza żywnością cenną będącą dla barbarzyńców. Palone żywcem konie wydobywały z siebie przeszywające dźwięki. Krzewy w pobliżu pola bitwy będącego do niedawna urodziwą polaną na brzegu rzeki poruszyły się.
- Ciszej idioto! – szeptem powiedział siwobrodaty krasnolud do nieostrożnego kompana.
- Sam jesteś idiotą, idioto! – głośniej powiedział kruczoczarnobrody krasnolud.
- Zamknąć mordy, chamy! – wyszeptał krasnolud dzierżący w dłoni laskę, którą puknął po głowach jednego i drugiego. – Obserwować mi tu polanę a nie skrzeczeć bez sensu kto cicho, a kto głośno! – splunął po tych słowach i oddalił się za drzewa.
Po spaleniu koni i wozów barbarzyńcy zaczęli kierować się traktem w stronę północnych skał. Każdy z nich miał coś na plecach, najprawdopodobniej żywność dla siebie niejako upolowaną w dzisiejszej masakrze. Widząc odchodzących barbarzyńców, siwobrodaty i kruczoczarnobrodaty puścili się pędem w stronę drzew, tam, gdzie zniknął ten dzierżący w dłoni laskę będący zapewne ich hersztem. Najwidoczniej uznali, iż to czas na plądrowanie bo wyszło ich kilkunastu na polanę. Brali wszystko. Miecze wyciągali z torsów trupów, tarcze leżące obok przewiązywali przez siebie zakładając je na plecy. Hełmy zdejmowali z głów, czasami zdarzyło się, że jakaś leżała odcięta. Wtedy, gdy hełm był wart zachodu niejako wydłubywali głowę używając sztyletów. Podobnie sprawa się miała z pierścieniami służącymi za pieczęcie rodowe. Jeżeli któryś z pierścieni nie chciał zejść z palca po dobroci, ucinali ów palec. Posuwali się nawet do otwierania ust trupom. Widząc, że gdzieś tam jest złoty ząb, roztrzaskiwali czaszki młotami i szczątki skrzętnie chowali do przepasanych wzdłuż pasa toreb przygotowanych na drobniejsze łupy. Jeden z krasnoludów zdobył czternaście złotych zębów w taki sposób. Kolejny miał osiem fragmentów dłoni z pierścieniami – za to można było zgarnąć trochę złota, pieczęcie rodowe były bowiem cennym łupem. Siwobrodaty wyciągnął resztką sił z piersi jednego trupa miecz. Półtoraręczny, zdobiony, wyróżniający się spośród innych mieczy dotychczas widzianych. Krasnolud przetarł palcami fragment zbrocza z krwi. Oczom jego ukazały się rzeźby wyryte na całej głowni. Jelec przypominał piękne zacieki lodowe a głowica miała kształt kwiatu tulipanu w centrum którego znajdował się szlachetny kamień koloru czerwieni.
- Hej, zobaczcie co ja tu za cudo... – przerwał zdanie słysząc okrzyki barbarzyńców wydobywające się gdzieś zza mgieł, jakoś tak blisko. Na twarze krasnoludów w jednej chwili padł paniczny strach.
- Czymprędzej w krzaki! – krzyknął herszt.
- Hyżo! – jeden drugiego popędzał.
Zaczęli wszyscy bieg w stronę przeciwną do słyszanych okrzyków. Głosy oddalały się. Ciszę przerywał już tylko chrzęst ściółki pod stopami krasnoludów.
- Wszyscy są? – wycedził przez zęby herszt.
- Wszyscy. Chyba. – odrzekł jeden z watahy.
W powietrzu dało się czuć chłód późnego popołudnia. Mgła nie pozwalała widzieć drogi dalej niż na kilkanaście drzew.
- Na Ezir kierunek! – ktoś krzyknął. Inni zamruczeli, zasiorbali a usta ich wykrzywiły się na kształt czegoś co miało niby przypominać uśmiech. Wiedzieli bowiem, że Ezir pomimo, iż jest małą mieściną nosi w swoim sercu targ używanej zbroi za którą niejednokrotnie można było fortunę zdobyć.
Do Ezir dzieliły ich dwa dni drogi. W skupieniu i ciszy szli przed siebie. Od czasu do czasu tylko dało się słyszeć pomrukiwanie, chrząkanie i szczątki zdań. Kilku z nich rozmawiało o tym co dzisiaj się wydarzyło. Gdy ciemność zaczęła ogarniać gęsty las przedzielony skromnym traktem prowadzącym wprost na miasto, herszt nakazał zapalić trzy pochodnie: jedną na czele watahy, drugą po środku i trzecią na jej końcu. Kazał też przyśpieszyć marsz. Nikt nie przeciwstawiał się pomimo faktu, iż wszyscy bez wyjątku dzierżyli obfite i ciężkie łupy. Wiedzieli, że jak się zatrzymają mogą podzielić los innych ofiar barbarzyńców. Decyzja herszta o przyśpieszeniu marszu sprawiła, iż rozmowa nieco dobitniej zaczęła poruszać temat masakry nad rzeką na polanie. W głowach reszty piechurów, tych milczących kłębiły się przeróżne myśli. Raz na jakiś czas chrząkali, grymasili się siląc na coś zbliżonego do uśmiechu.
- Ten Sijen polazł na północ ale może być wszędzie. Niech mnie kozioł w zad szczypnie. Ciężkie te toboły mam, w Ezir pierwsze co zrobię to do „Kopyta” lezę. Niebywała karczma i dziewki ochocze.
- Ale tępaki z nich, wiedziałem co robię wszywając się w środek polany. Mam go. Ale mnie korci, żeby go wyjąć i pooglądać. Musi być wart krocie. Tylko może być problem z jego sprzedaniem. Tanio go nie puszczę. Klnę się na brodę. Tanio nigdy. Ale piękny jest. Nie wytrzymam, muszę go zobaczyć przed wejściem do miasta. Ten idiota nie pozwoli nam się zatrzymać. Dobrze, że mam pod pazuchą kilka pajd chleba i suszony płat mięsa. Mogę iść, inni pewnie są wygłodzeni jak szczury, he he he.
Dzisiejsze, bogate łupy zawdzięczali kilkudziesięciu niezwykle wprawnym w boju barbarzyńcom, których przywódcą był Sijen van Ergaald, najokrutniejszy z nich. Wśród miast północy krążyły opowieści jakoby Sijen zjadał serca wypruwane swoim ofiarom, jeszcze żyjącym podczas konsumpcji. Biorąc pod uwagę dzisiejsze obrazy było to całkiem możliwe.
Hołota krasnoludów od kilku tygodni zaszywała się w gęstwinach lasów, za pagórkami, za skałami depcząc po piętach Sijenowi. Był to niezwykle łatwy sposób zdobycia łupów. Krasnoludy, choć niezbyt inteligentne potrafiły zdobywać łupy bez użycia siły, przemocy czy sztuki wojennej. Taki proceder był niemalże normą na szlakach prowadzących do Ezir, może gdzieś dalej też. Barbarzyńcy często domyślali się, iż ktoś za nimi kroczy. Jakiś czas temu grupa tragarzy trafiła na kilkanaście ciał. Wszystkie leżały obok siebie bez głów. Głowy natomiast ustawione jedna na drugiej w kształt piramidy z oczami i ustami otwartymi oddalone były o kilkanaście kroków od ciał leżących wzdłuż drogi. Piramida ustawiona była po przeciwległej stronie traktu. Podobno tak szybko ci tragarze zaczęli biec, że dwudniową drogę pokonali w niecały dzień. Podobno. Różne rzeczy można usłyszeć w karczmach, zwłaszcza w osławionym, niewielkim Ezir.