Ciężkie życie muzyka...

  • Zastanawia mnie fenomen "gwiazdorzenia" we wszelkich tego słowa odmianach:

    - gwiazdorzę bo zagrałem dwa koncerty i ludzie się bawili

    - gwiazdorzę bo mam elo melo wypasioną knajpę w której zagrał jakiś "superbardzoznany" zespół

    - gwiazdorzę bo mam więcej kasy od Ciebie a mamusia mi dała wyrąbane w kosmos auto

    - gwiazdorzę bo umiem zagrać bezbłędnie "Stairway to Heaven" w wersji dla głuchoniemych i znam wszystkie dźwięki na gryfie oraz wiem czym się różni dur od moll A TY NIE I UDOWODNIĘ CI TO!

     

    ... i co z tego? Podobno nadzy na ten świat przyszliśmy i nadzy go opuścimy a za wszelakie formy talentu czy to muzycznego, czy dotyczącego organizowania koncertów albo chociażby statusu społecznego w jaki "się wstrzeliliśmy" przychodząc na ten świat powinniśmy raczej dziękować a nie pysznić się owymi i okazywać skrajny brak pokory. Niestety, to tak powszechne, że muzyka bardziej dzieli muzyków aniżeli łączy: przykłady? Miliardy owych bym mógł wypisać więc w tej materii żadna polemika ze mną nie ma sensu ;) niemniej jednak podam może jakichś kilka... otóż:

    Co mnie irytuje:

    Najczęściej spotykane typy szczeniackiego gwiazdorzenia to: mama mi kupiła gitarę, zapisała mnie na lekcje gry i jak już się "naumiałem" ją trzymać i wiem co nieco o teorii to ZNISZCZĘ CIĘ TEORIĄ ZAPLUTY PRAKTYKANCIE W #$#%^ PIE$@#%LONY... a gdzie pokora i jedność w muzyce? Może czegoś się nauczymy od owego "praktykanta", drogi niekumaty teoretyku od siedmiu boleści? :)

    Kolejny typ gwiazdorzenia, który rozwala mnie na łopatki to: jestem bogiem bo udało mi się zakombinować trochę kasiory i otworzyłem mega knajpę! Mam tanie browary dla siebie i leję na cały  świat! Rzygam na lewo i prawo hasłami typu: muzyka, muzycy, kocham uwielbiam najlepszy i w ogóle... tworzę kilka cyklicznych imprez pod MEGA wyrąbanymi w kosmos hasłami, spędzam "bydło" znoszące mi "siano" do kieszeni i resztę mam totalnie w D#$^@. Niestety, to przykra prawda: często ludzie są inni niż piszą się przed nami w rzeczywistości. O co mi chodzi? Ot prosty przykład, pierwszy z brzegu: organizacja imprez w Klubie i "klubie":

    dwa kluby podam jako przykład - i dwa skrajne podejścia do tematu organizacji imprez:

    - Klub ze Szczecina: warto temu Klubowi zrobić reklamę bo na kolana powala profesjonalne podejście do pracy. Manager mojego zespołu organizuje Zegarmistrzowi Czasu koncert w tym klubie i próbował ów manager się z klubem skontaktować. Na próżno czekał na potwierdzenie daty koncertu przez jakiś czas... okazało się, iż Klub zrobił sobie wakacje - niedawno napisał maila z przeprosinami za zwłokę i poprosił o materiały. Manager wysłał owe i... za parę godzin telefon od akustyka: "bo w riderze jest to i ro a my mamy tamto, a może nie będziecie musieli tego i tego brać..." - totalny szok! Koncert mamy za 1,5 miesiąca a oni chcą mieć już temat zamknięty! DOKŁADNIE TAK JAK MY! My chcemy już mieć wszystko załatwione, pojechać tam i zagrać ten nasz koncert... bez stresu i nerwów bo przecież od Częstochowy do Szczecina jest kawałek drogi, zwłaszcza, iż w międzyczasie mamy w planach jeszcze kilka koncertów podczas owej trasy... TOTALNY PROFESJONALIZM Klubu Free Blues Club ze Szczecina!!! Naprawdę, jeżeli jeszcze okaże się, że faktycznie będziemy mieli reklamę w mediach oraz inne punkty umowy zostaną wypełnione w taki sposób jak w/w sytuacja to uwierzcie mi, choćbym miał dopłacać i na kolanach chodzić taszcząc na plecach cały sprzęt... będę chciał grać w tym klubie!!!

    - inwersja: Klub z Warszawy... nie będę robił reklamy bo nie warto. Koncert mamy za kilkanaście dni i... nie wiemy nic. Manager wysłał plakaty "szefowej" i... nic. W mailu napisał ceny biletów, inne ustalenia... nic. W mailu zadał kilka pytań dotyczących backline' u... i nic. W końcu nie wiedział nasz manager czy mamy brać cały sprzęt, czy tylko część czy cokolwiek... nic kompletnie, totalny chaos i anarchia... Nasz manager zdecydował się zadzwonić do "szefowej" owego klubu i... to był błąd. Byłem przy tej rozmowie. Takiego prostactwa, uwierzcie, dawno nie słyszałem :) a podobno to Warszawa - MIASTO he he he... wybaczcie - nic nie mam do Stolicy ani ludzi z jakichkolwiek kręgów miejskich ale hmm... uderzyły mnie sianokosy z butów owej "szefowej" - zgdanijcie! NADAL NIC NIE WIEMY! W mailach wspominała coś o promocji w jakichś gazetach, radiach, telewizjach, portalach... trata tata rzec by się chciało! Manager zadzwonił z prostym pytaniem chcąc się upewnić czy "szefowa" dostała plakaty oraz czy zajmie się promocją jak to obiecała, nie wspomnę o prostym pytaniu dotyczącym backline' u jakim dysponuje klub. Słowa tryskające jadem "szefowej "ja dopiero co wróciłam z wakacji a pani (nasz manager) mi głowę zawraca jakimiś bzdurami?? To oczywiste, że gracie tego dnia więc o co Pani chodzi?? Nie życzę sobie takich telefonów!!" ... hmm, o co chodzi, już mówię: nr telefonu "szefowej" jest ogólnodostępny na stronie www klubu. Manager chciał TYLKO upewnić się co do podstawowych założeń promocji oraz nagłośnienia... Powyższe cytaty są tylko 1/20tą tego co się działo a działo się grrrubo hehe - ja słuchając tej rozmowy wyobraziłem sobie taką kucharkę przykręcającą talerz śrubokrętem w jadalni jak to miało miejsce w jednym z polskich filmów. Cóż! Taka KARMA - miała być DOBRA  a jest dziwna ;) Pozdrawiam "szefową" z klubu i do zobaczenia za kilkanaście dni - jeżeli coś będzie nie tak, nie będę miał skrupułów i otwarcie powiem co myślę.

     

    Czyż gwiazdorzenie przypadkiem w świecie muzycznym nie jest alegorią wieśniactwa i braku kultury osobistej - często nawet jej elementarnych strzępów?

    Uwierzcie mi, zawsze mówię: nie zdziwi mnie już nic ani nikt na tym świecie... i spotykam "gwiazdora" czy to w sklepie, czy na ulicy w postaci kierowcy, który ma prawko od grudnia ubiegłego roku i "gwiazdorzy" jak to on wszystko wie i jeździ jak Kubica a pasażerom rzygać się chce od słuchania jego pseudointelektualnego bełkotu i przede wszystkim od uczucia bycia "kartoflami przewożonymi furmanką po polu", które rzucane są od szyby do szyby? Czy też muzyka... a w zasadzie człowieczka, któremu się wydaje, że jak potrafi coś zagrać to jest bogirm gitary! Dlatego cenię Kirka Lee Hammetta oraz Saula Hudsona zwanego Slashem - za POKORĘ względem muzyki.

    POKORA, drodzy - to sobie cenię wśród ludzi najbardziej...

    Sam osobiście jestem kiepskim gitarzystą, gram bo lubię. Bo to jest moja pasja, którą rozwijam jak tylko mogę i kiedy tylko mogę. Ciężko pracowałem by kupić swoją gitarę, kupić drugą, lepszą... piec, kaczkę, kable... walczyłem o to by moja była żona nie wyrzucała mi tego przez balkon, żeby za moimi plecami jak byłem w pracy nie sprzedawała ludziom. Ten temat to całkiem inna historia, którą niewątpliwie Wam opiszę jak przyjdzie na to czas... niemniej jednak na zakończenie mojego nudnego monologu ma to być swojego rodzaju podkreślenie jednej myśli: jeżeli ciężko pracujemy aby coś osiągnąć to to cenimy jak skarb a jeżeli dostajemy coś w prezencie od życia to warte jest to dla nas mniej od gila z nosa wytartego w chusteczkę...

     

    Pozdrawiam Was serdecznie i niech moc Rocka będzie z Wami!! :)

0 komentarzy