THRASH FEST CLASSICS 2011

  • Dodane przez YUNNAYA
  • 19 grudnia 2011 08:31:11 CET
  • 0 komentarzy
  • 215 obejrzeń

THRASH FEST CLASSICS 2011
Katowice / Mega Club
9-12-2011

Gdy 9 grudnia wyjeżdżaliśmy z Wrocławia do Katowic na Thrash Fest Classics 2011 nie byliśmy pewni, czy nie jedziemy na darmo. Do końca nie było wiadomo, czy impreza się odbędzie, ponieważ dopiero na tydzień przed organizator potwierdził, że grają.  Jak to bywa z polskimi organizatorami, jak nie usłyszysz pierwszych riffów – nic nie jest pewne.

Pod Mega Club dotarliśmy po godzinie 17. Przed wejściem było już sporo czekających fanów thrash metalu. Od razu rzucił nam się szeroki przekrój wiekowy oraz znajomi, którzy przybyli z całej Polski. Z minuty na minutę tłum gęstniał, by przed godziną 18, gdy bramy klubu otwarto, ruszyć do środka.
Mega Club szybko napełniał się publicznością i wszyscy zastanawiali się jak potoczą się losy imprezy. Publika bywa zmienna i różna jak pogoda w listopadzie – nigdy nic nie wiadomo. Okazało się jednak, że tego wieczoru w katowickim Mega Clubie był środek lata z upałem, burzami, tornadem i gradobiciem!

Koncert rozpoczęła australijska grupa MORTAL SIN mocnym uderzeniem. Z sekundy na sekundę publiczność kupowała chłopaków z antypodów ruszając pod scenę. Wokalista Mat Maurer szybko nawiązał kontakt z thrasherami dając popis najlepszego australijskiego thrash metalu. Szczególną uwagę zwracał dynamiczny basista MORTAL SIN Andy Eftichiou biegając po scenie rozkręcając katowicką publiczność. Atmosfera stawała się co raz gorętsza, a był to dopiero wstęp do tego co miało dopiero nadejść.

Po szybkiej zmianie sprzętu na scenę wtargnął oczekiwany przez część fanów amerykański HEATHEN. David White – wokalista zespołu – po rozgrzewce Mortal Sin miał ułatwione zadanie ruszając do boju. Thrasherzy odpowiedzieli mu błyskawicznie i oprócz wspólnego śpiewania pojawiły się pierwsze symptomy młynu oraz osoby noszone na rękach w stronę sceny. Niestety rozkręcającą się zabawę i stage diving skutecznie utrudniali ochroniarze bezpardonowo wcinając się między zespół a publiczność, spychając w tłum wszystkich, którzy zostali wyniesieni zbyt blisko sceny.
Z rozmów w trakcie i po występie HEATHEN z kumplami, którzy lepiej niż ja znają ten zespół, dominowała opinia, że nie był to najlepszy występ chłopaków z San Francisco. Padło nawet stwierdzenie, że „mogli się lepiej postarać a nie tylko odklepać sztukę”. Nie przeszkodziło to publice skandować na koniec występu głośnego HEATHEN! HEATHEN! HEATHEN!....
Dla mnie było OK, a set w wykonaniu chłopaków z HEATHEN był mocny chociaż na tle następnych zespołów wypadli blado.

Po HEATHEN na scenę wtargnęła destrukcja! Po sąsiedzku z za naszej zachodniej granicy przybył przedstawiciel niemieckiej „Wielkiej Trójki Thrash Metalu” – DESTRUCTION.
Od pierwszego uderzenia pod sceną zawrzało! Koncert DESTRUCTION był przykładem, że nie potrzeba tłumu na scenie by zrobić prawdziwy show! Niemiecko-polskie trio Marcelem „Schmier” Schirmerem na czele, Mikiem Srifingerem i  perkusistą Wawrzyńcem „Vavvrem” Dramowiczem pokazało co znaczy prawdziwy thrash metal! Od Total Desaster po Curse the Gods widać było energię jakiej zabrakło HEATHEN. Niemal godzinny set DESTRUCTION pokazał, że katowicka publika doskonale wie, jak się jak dać czadu! DESTRUCTION nie pozostawał dłużny dając wyraz świetnej atmosferze między innymi „polskimi” okrzykami Schmiera oraz dwoma wtrętami Wawrzyńca o „zajebistości publiki” i podsumowaniem, że „w Katowicach był najlepszy koncert na całej trasie”. Tym słowom nikt nie zaprzeczył. Nie należy dyskutować z faktami.
W ciągu godzinnego występu otrzymaliśmy mieszankę wybuchową w najlepszym wydaniu. Podczas setu DESTRUCTION thraserzy zostali podkręceni na wysokie obroty co spowodowało, że ochrona musiała ze zdwojoną siłą ruszyć do obrony sprzętu. Crowd surfing, stage diving i młyn stał się odtąd nieodłącznym elementem koncertu. Po tym co widziałem na DESTRUCTION myślałem, że nic mnie nie zaskoczy... myliłem się.

Po dwudziestominutowej przerwie technicznej na scenie pojawiła się jedna z największych gwiazd thrash metalu – EXODUS! Już po pierwszych dźwiękach Amerykanów pod sceną rozpętało się piekło wciągając w wir wszystkich od pierwszych do ostatnich rzędów. Na dodatek już po pierwszym kawałku wokalista Rob Dukes odesłał ochronę na zasłużony (po Destruction) odpoczynek, ustalił zasady: „kto znajdzie się na scenie z niej błyskawicznie spier...” (nazwijmy to „wolnym tłumaczeniem”). Ryk setek gardeł, uniesione ręce, circle pit, crowd surfing i stage diving stały się oprawą setu EXODUS. Charyzma Roba i niesamowita atmosfera nakręcała publikę z minuty na minutę. Płynące na rękach osoby raz po raz znajdowały się na scenie by potem skoczyć w tłum. Szczęśliwcy przybijali piątkę Robowi Dukes’owi. Jednemu z nich udało się nawet wykrzyczeć z nim kilka ostatnich wersów (chyba w „Strike of The Beast”) a jednej z dziewczyn zagrać na gitarze Lee Altusa... Na mnie duże wrażenie zrobił wall of death. Na znak Roba publika rozstąpiła się, by na okrzyk GOOOO!!! ruszyć na siebie... MEGA!

W katowickim klubie amerykańska klasyka thrash metalu zaprezentowała nam się mieszanką klasyki i nowszych  numerów. Grając je widać było, że zarówno my jak i chłopaki z EXODUS bawiliśmy się świetnie i myślę, że katowicki koncert na długo utkwi wszystkim w pamięci. Mnie na pewno.

Na koniec Thtrash Fest Classics 2011 przyszedł czas na brazylijski zespół SEPULTURA.
Od pierwszego kawałka widać było różnicę między setem EXODUSu a SEPULTURY. Nastrój publiki trochę siadł a może zmęczenie po wyczerpującym występie poprzedników dało znać o sobie? Jedno rzuciło się w oczy: Derrick Green nie potrafił nawiązać takiego kontaktu z publicznością jak Rob Dukes. Mimo starań i techniczne dobrze zagranego koncertu nie widać już było ani młynu ani circle pit a stage diving pojawiało się sporadycznie. Niekwestionowana gwiazda wieczoru jaką była SEPULTURA w moim rankingu tego wieczoru mogła liczyć maksymalnie na trzecią pozycję po DESTRUCTION i zdecydowanie najlepszym EXODUS. Wielu ludzi, z którymi rozmawiałem już po koncercie wypominało SEPULTURZE między innymi brak „Roots Bloody Roots” a inni po prostu stwierdzali – „bez Maxa Cavalery to już nie to samo...”. Może coś w tym jest...

Podsumowując THRASH FEST CLASSICS 2011 z pewnością można powiedzieć, że była to jedna z najlepszych imprez heavy metalowych w 2011 roku w Polsce. Moje zdanie potwierdziło wiele osób, z którymi rozmawiałem po koncercie. Był to chyba najlepszy występ zespołów na trasie, bo czekając przy autobusach rozmawialiśmy z kilkoma muzykami i wyrazili oni taką opinię. Między innymi Rob Duke potwierdził, że w tej trasie – a katowicki przystanek był w jej połowie – był to jeden z najlepszych koncertów. Nie wiem ile było w tym krygowania się a ile prawdy jednak to co widziałem wywarło na mnie takie wrażenie, że wierzę, że tak było.
Szczęście, że koncert w ogóle się odbył, bo gdyby polskiemu promotorowi nie udałoby się go zorganizować to z pewnością byłaby to największa wtopa roku. A tak był MEGA KONCERT w MEGA CLUBIE.

El Piro!


W setach zespołów między innymi usłyszeliśmy:
HEATHEN
Pray for Death, Goblin's Blade, Open the Grave, Hypnotized, Mercy Is No Virtue, Death by Hanging, Opiate of the Masses.

DESTRUCTION
Total Desaster, Satan's Vengeance, Mad Butcher, Black Mass / Antichrist / Death Trap, Invincible Force,  The Ritual / Thrash Attack, Tormentor, Eternal Ban, Bestial Invasion, Curse the Gods.

EXODUS
The Last Act of Defiance,  A Lesson In Violence, Fabulous Disaster, Deranged, Exodus, Brain Dead, Pleasures of the Flesh, Piranha, The Toxic Waltz, Strike Of The Beast.

SEPULTURA
Beneath The Remains, Refuse/Resist, Dead Embryonic Cells, Desperate Cry, Mass Hypnosis, We Who Are Not as Others, Altered State, Infected Voice, Subtraction, Inner Self, Kaiowas, Territory, Arise.

Zdjęcia

0 komentarzy